Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Art148.pl
Art148.pl
Art148.pl

Menu główne

Linia

Strona główna
Archiwum
O serwisie
Historia
Wymiana
Redakcja/Kontakt

Mordercy

Linia

Dzieciobójcy
Gangsterzy
Mordercy seryjni
Mordercy masowi
Mordercy nieletni
Terroryści
Zbrodniarze wojenni
Mordercy inni

Mass media

Linia

Książki
Filmy
Gry komputerowe

Pozostałe

Linia

Inne teksty
Poradniki
Fotografie
Wyniki ankiet

Mordercy seryjni » Vacher Joseph


Joseph Vacher Joseph Vacher urodził się 16 listopada 1869 roku w Beauford, niedaleko Lyonu. Był najmłodszy z piętnastki rodzeństwa. Rodzice byli biednymi chłopami, starającymi się jakoś wykarmić całą rodzinę. Jako że sami byli analfabetami, postanowili choć najmłodszemu synowi zapewnić wykształcenie. Joseph trafił do katolickiej szkoły, w której panował bardzo ostry rygor. Chłopiec dorastał ucząc się żelaznej dyscypliny, posłuszeństwa i bojaźni Bożej. Był dość dziwnym dzieckiem, ale nie miał, przynajmniej początkowo, skłonności do agresji. Niektóre źródła podają, że w wieku 19 lat był podejrzany o próbę gwałtu na nieletnim chłopcu.

W roku 1890 Vacher w poszukiwaniu lepszego życia zaciągnął się do wojska. Stacjonował w jednostce w Zouaves. Z początku jego zachowanie nie budziło żadnych zastrzeżeń, choć często wdawał się w bójki z innymi poborowymi. Uwagę przełożonych przykuł w dniu, gdy ogłaszano nominację na kaprala. Jego nazwiska na liście nie było. Zrozpaczony, iż nie dostał upragnionego awansu, na oczach kolegów poderżnął sobie gardło brzytwą. Szybka interwencja lekarza uratowała jego życie, choć jego szyję na zawsze miała już "zdobić" okazała blizna. Od tego dnia, by zamaskować oszpecającą go szramę, zaczął zapuszczać gęstą, czarną brodę. Stała się ona jego znakiem rozpoznawczym, podobnie jak biała, ręcznie robiona czapa z króliczych skór. Doczekał się również wymarzonego stanowiska. Dowództwo doceniło w ten sposób jego zapał bojowy i determinację. Z czasem jego zachowanie zaczęło się zmieniać.

Koledzy zauważyli, że często przygląda się ich szyjom mamrocząc coś niezrozumiale. Jego stosunku do kadetów również nie można było uznać za właściwy. Traktował ich brutalnie, wręcz znęcał się nad nimi. Gdy jego agresywne reakcje zaczęły się nasilać i usłyszano jak mówi, sam do siebie, o potokach krwi postanowiono oddać go pod opiekę lekarską. W szpitalu przebywał kilka tygodni po czym uznano, iż jego stan się poprawił. Wrócił do pełnienia służby i zaczął otrzymywać przepustki do pobliskiego miasteczka. Korzystał z tych wypraw tak często, jak mógł, zajmując się głównie zaczepianiem młodych dziewcząt i kobiet. Jego nieudolne zaloty pozostawały bez odzewu. Kobiety odrzucały go i nie chciały mieć z nim nic wspólnego. Wreszcie znalazła się jedna, która okazała mu odrobinę zainteresowania. Była to młoda służąca o imieniu Luise pochodząca z wioski Baume-des-Domes. Po kilku spotkaniach Vacher postanowił oświadczyć się jej, by po zakończeniu służby wojskowej mogli razem ułożyć sobie życie. Dziewczyna wyśmiała go twierdząc, że nigdy nie myślała o nim poważnie. Takie oświadczenie z jej ust sprawiło, że Joseph wpadł w szał. Strzelił kilkakrotnie do Luise, a następnie w akcie rozpaczy, w swoją głowę. Na szczęście oboje udało się uratować. Kula, którą ugodził się niedoszły samobójca na zawsze pozostała w jego czaszce, prawa połowa jego twarzy została sparaliżowana, a prawe oko praktycznie przestało istnieć.

Według jednego z lekarskich raportów rana, którą sobie zadał, mogła stać się przyczyną sporadycznych lecz nawracających napadów szaleństwa. Z tego względu postanowiono przenieść go do szpitala dla obłąkanych w Dole. Nie zagrzał tam miejsca zbyt długo i pod koniec roku 1893 przeniesiono go do innej placówki w Saint-Roberts. Tam również nie spędził wiele czasu. 1 kwietnia 1894 roku został wypisany jako "całkowicie wyleczony". Lekarze bali się jego agresywnych zachowań. W dodatku Vacher ciągle wykrzykiwał, że został uwięziony wbrew swej woli przez wysoko postawionych ludzi, którzy chcieli się go pozbyć. Psychiatrzy, mimo iż wiedzieli, że w takim stanie psychicznym nie powinien być na wolności, postanowili pozbyć się niewygodnego pensjonariusza. Joseph opuścił szpital zabierając z niego kilka rzeczy osobistych: duży wór, komplet map, parasol, potężną pałkę z wyrzeźbioną sentencją "Kto czyni dobro, znajduje dobro", akordeon, nożyce krawieckie oraz kolekcję ponad stu noży. Z takim wyposażeniem 24-letni Vacher ruszył we Francję.

Szalony morderca

W maju roku 1894 niedaleko Vienne dokonano makabrycznego odkrycia. Na mało uczęszczanej, wiejskiej drodze znaleziono zmasakrowane zwłoki 21-letniej robotnicy Eugenie Delhome, która była zatrudniona w pobliskiej fabryce. Kobiecie zadano liczne ciosy nożem i rozpruto brzuch. Ciało nosiło również ślady gwałtu prawdopodobnie dokonanego po śmierci ofiary. Policja uznała, że tak brutalnego czynu mógł dokonać jedynie szaleniec. Pierwszym podejrzanym został narzeczony dziewczyny, z którym ponoć pokłóciła się tego dnia. Został jednak oczyszczony z zarzutów i wypuszczony z aresztu, gdy w okolicy zaczęły pojawiać się kolejne ciała. Podobieństwa między poszczególnymi zbrodniami były na tyle duże, by uznać, że popełnił je ten sam człowiek. Wszystkim ofiarom zadano po kilkanaście ciosów nożem, wiele wypatroszono i po śmierci zgwałcono. Na niektórych ciałach znaleziono ślady ludzkich zębów. Południowo-wschodnia Francja żyła w strachu. Nigdy nie wiedziano, gdzie morderca uderzy po raz kolejny i kto stanie się ofiarą ataku. Wydawało się, że działa zupełnie przypadkowo. Wybierał osoby młode, wręcz nastoletnie lecz płeć nie miała dla niego żadnego znaczenia. Trzy pierwsze akty mordu zostały dokonane na kobietach, kolejne zabójstwo dotyczyło kilkunastoletniego pastuszka. Śledczy nie mieli pojęcia jak złapać psychopatę.

Mniej więcej rok po pierwszej zbrodni 13-letni chłopiec o imieniu Rodier wypasał krowy niedaleko Clermont Ferrand. Nagle zauważył zbliżającego się w jego kierunku mężczyznę. Nieznajomy miał straszny wygląd i zęby wyszczerzone w przerażającym uśmiechu, na plecach dźwigał duży wór, a w ręku trzymał ciężką pałkę. Chłopiec wystraszył się tak bardzo, że zanim włóczęga zbliżył się do niego, rzucił się do ucieczki. Tego samego popołudnia na policję wpłynęły jeszcze trzy inne doniesienia. Zaatakowane kobiety opisały sprawcę jako zwalistego mężczyznę, lekko zgarbionego, w trudnym do określenia wieku, z ogromną, czarną brodą, twarzą pokrytą bliznami i jakby dziwnie nieruchomą. W miejscu jednego oka znajdowała się potworna ropiejąca rana, na plecach dźwigał wór. Opowieści te wydawały się tak fantastyczne, iż początkowo potraktowano je jako wytwór wyobraźni rozhisteryzowanych i przerażonych ludzi. Z czasem jednak podobne doniesienia odnotowano w bardzo oddalonych od siebie wioskach. To był dowód, którego nie można było zignorować. Prowadzący śledztwo tajemniczego mordercy, postanowili poszukać osoby o podobnym wyglądzie wśród byłych pacjentów szpitali psychiatrycznych. Wkrótce okazało się, że jest tylko jeden człowiek odpowiadający takiemu opisowi i zwolniony tuż przed pierwszym zabójstwem. Joseph Vacher. Nazwisko sprawcy było już znane lecz, jak na razie, nie potrafiono znaleźć sposobu na ujęcie go.

Sam Vacher natomiast kontynuował swą krwawą podróż po francuskich lasach i wioskach. Utrzymywał się prawdopodobnie z żebraniny i dorywczych prac, od czasu do czasu zaspokajając swą żądzę zabijania. Miał przy tym wiele szczęścia. W październiku 1896 roku Joseph spotkał na swojej drodze kolejnego młodego chłopca Victora Portalier. Była to boczna wiejska droga, kilka mil od Lyonu. Bez wahania podciął mu gardło. To mu jednak nie wystarczyło. Martwe już zwłoki dźgał nożem, by w końcu pociąć je na kawałki. Następnie, jakby nigdy nic, odszedł. Traf chciał, że zbrodnia została odkryta bardzo szybko. Zaalarmowana policja stwierdziła, że to kolejny atak tak długo poszukiwanego szaleńca. Natychmiast zostały wezwane posiłki. Kilkudziesięciu żandarmów zaczęło przeczesywać okoliczne lasy, drogi, pola i wioski. Wkrótce jeden z nich zauważył idącego Vachera i zażądał od niego dokumentów. Joseph spokojnie spełnił prośbę, podając mu swój akt odbycia służby jako kapral w jednostce w Zouwes. Tutaj dopisało mu wręcz niewiarygodne szczęście. Legitymujący go żandarm stacjonował kiedyś w tej samej jednostce i bardzo ucieszył się, że spotkał kogoś z tamtych okolic. Opowiedział Vacherowi, że ścigają mordercę, który niedawno zabił w pobliżu chłopca i zapytał, czy nie widział kogoś podejrzanie wyglądającego. Joseph uprzejmie poinformował go, że owszem, widział dziwnego mężczyznę, uciekającego na przełaj przez pole, jakąś milę na północ od miejsca, w którym właśnie stali. Uszczęśliwiony żandarm serdecznie podziękował za tak cenną informację i pożegnawszy się ruszył w pogoń za wyimaginowanym przestępcą, podczas gdy prawdziwy morderca spokojnie odszedł.

4 sierpnia 1897 roku szczęście się od niego odwróciło. W lesie w okolicy Bois des Pelleries zauważył samotną kobietę zbierającą szyszki. Zaatakował ją lecz kobieta okazała się niezwykle waleczna. Zaciekle walczyła z oprawcą o swoje życie, wołając przy tym głośno o pomoc. Dzikie wrzaski zaalarmowały jej syna i męża, którzy byli w okolicy. Natychmiast przybiegli na ratunek. Gdy Vacher ujrzał zbliżających się ludzi rzucił się do ucieczki. Na jego nieszczęście rozwścieczeni mężczyźni ruszyli za nim w pogoń. Szybko został złapany i obezwładniony. Pojmany rzucał się na wszystkie strony i zawzięcie walczył o swoją wolność. Krzyki dochodzące z lasu zwabiły chłopów pracujących na okolicznym polu. Gdy Vacher zobaczył tak wielu nadbiegających ludzi natychmiast przestał stawiać opór i spokojnie dał się poprowadzić do miejscowej gospody. Przed linczem, którego z pewnością mógł stać się ofiarą, gdy ludzie zrozumieli kogo złapali, uchroniło go jego dziwaczne zachowanie. W oczekiwaniu na przybycie policji Vacher siadł za stołem, wyjął z wora swój akordeon i zaczął grać. Cały czas był spokojny i uśmiechnięty.

Przez te wszystkie lata narosło wiele legend na temat zbrodni Vachera. Mówiono, że pił krew swoich ofiar, a nawet zjadał kawałki ciał. Ponoć kilku ofiarom usunął genitalia. Niektóre źródła twierdzą również, że był odpowiedzialny za zabicie Markiza de Villeplaine. Vacher miał zaatakować go, gdy ten przechadzał się po swoim parku w południowo-wschodniej Francji, niedaleko hiszpańskiej granicy. Markiz został najpierw ogłuszony uderzeniem w głowę, a następnie zadźgany. Sprawca wypatroszył ciało, ukradł również należący do ofiary płaszcz i pieniądze. Nie wiadomo ile z tych historii jest autentycznych. Pewne jest, że Joseph Vacher przez ponad 3 lata swojej morderczej wędrówki, w brutalny sposób, zabił ponad 11 osób.

Proces

Początkowo Josephowi Vacherowi postawiono jedynie zarzut napaści. Wkrótce ilość zebranych dowodów pozwoliła na oskarżenie go o morderstwo nastoletniego Victora Portalier. Podczas pierwszych przesłuchań Vacher zachowywał się spokojnie, odpowiadał na zadawane mu pytania. Nie obyło się jednak bez wybuchów szału, zdenerwowany zaczął demolować pokój przesłuchań. By obezwładnić agresora potrzeba było aż 3 żandarmów.

Proces odbywał się w mieście Ain i jego przebieg był dość burzliwy. Niekiedy wybryki Vachera sprawiały, że trzeba było przywiązywać go do ławy oskarżonych. W chwilach dobrego humoru szokował swoją arogancją, zapatrzeniem w siebie i próbą kreowania się na bohatera.

Mimo, iż przyznał się do popełnienia zarzucanych mu czynów odmówił mówienia o nich chyba, że zostaną spełnione dwa warunki. Po pierwsze, historia jego życia i zbrodniczej działalności miała zostać opublikowana w głównej francuskiej gazecie. Po drugie, oskarżenie nie będzie się starać przypisać mu wszystkich zbrodni popełnionych w okolicach, w których przebywał od czasu opuszczenia szpitala. Gdy zgodzono się spełnić jego ultimatum złożył obszerne wyjaśnienia. Przyznał się do wszystkiego i szczegółowo opisał część morderstw.

Całkowita liczba jego ofiar nigdy nie została poznana. On sam stwierdził, że zabił 23 osoby. W rzeczywistości jest to bardzo wątpliwe czy on sam znał dokładną liczbę, gdyż wielu osobom zaatakowanym udało się uciec, zanim zdążył je zabić. Zaznaczył jednak, że nie był w pełni świadom tego, co robił. Linię obrony oparł na chorobie, która miała być wynikiem pogryzienia przez wściekłego psa, gdy był dzieckiem. Jako, że jego rodzina była uboga, nie stać ich było na sprowadzenie do niego lekarza, więc był leczony przez miejscową zielarkę. Dziwna terapia poskutkowała i wyzdrowiał lecz podane mu medykamenty zostawiły w nim trwały ślad. Od tego czasu miewał napady niepohamowanej agresji, choć normalnie był człowiekiem cichym i spokojnym. Zaczęła go też fascynować ludzka krew, a po spożyciu alkoholu stawał się wręcz nieobliczalny, tracił nad sobą kontrolę i nie wiedział co robi. Cała ta historia miała być dowodem na jego niepoczytalność. By obalić tę teorie powołano grono specjalistów pod przewodem dr. Alexandra Lacassagne. Po licznych badaniach i testach uznano, że z całą pewnością jego stan psychiczny nie jest w pełni poprawny, jednakże popełnione przez niego zbrodnie nie były dziełem przypadku i napadów amoku. Część morderstw była dobrze zaplanowana, a sposób w jaki bezcześcił zwłoki wskazywał na działanie w pełni świadome. Ku rozczarowaniu obrony niepoczytalność została więc wykluczona.

Po takim oświadczeniu ze strony biegłych Vacher również zmienił zdanie, co do motywacji swoich uczynków. Stwierdził bowiem, że jest wybrańcem Bożym, narzędziem w jego rękach niczym Joanna d'Arc. Jego powołaniem było uświadamiać ludzi, uczyć prawdziwej wiary i bojaźni Bożej. Poprzez wymierzanie im kary pokazywał Boży gniew.

"Moje ofiary nigdy nie cierpiały, choć zazwyczaj podrzynałem im gardła tylko jedną ręką. W prosty sposób odbierałem im ich życie za pomocą ostrego narzędzia. Ja jestem Anarchią, jestem przeciw całemu społeczeństwu. Nie ma dla mnie żadnego znaczenia jaka będzie forma reakcji na moje uczynki".

Sąd nie okazał mu łaski, po trwającym prawie rok procesie został uznany winnym zarzucanych mu czynów i skazany na karę śmierci przez zgilotynowanie. Po ogłoszeniu wyroku Vacher zaczął wykrzykiwać: "Chwała Jezusowi! Niech żyje Joanna d'Arc! Chwała wielkiemu męczennikowi naszych czasów! Chwała wielkiemu zbawcy!"

Wyrok został wykonany w miejscowości Bourg-en-Bresse, rankiem dnia 31 grudnia 1898 roku. Vacher nie dał dobrowolnie zaprowadzić się na miejsce kaźni, został więc ogłuszony i zaciągnięty siłą.

Więcej materiałów:

Fotografie
Dyskusja na forum
Linia
Opracowała smk. Na podstawie "The New York Times" i innych źródeł.

Aktualizacje

Linia

18.11.2017:
• Nowy dział: Historia
18.11.2017:
• Nowy moduł: Aktualizacje
dd/mm/rrrr:
• Opis aktualizacji


Ankieta

Linia

Jestem:

Kobietą
Mężczyzną


Baza linków

Linia

Mordercy.jun.pl
Kryminalistyka.fr.pl
Zbrodnia.com
Detektywistyczny.net

Art148.pl

© 2006 - 2017 ART148.PL NETWORK. WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE.
Statystyki serwisu