Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Art148.pl
Art148.pl
Art148.pl

Menu główne

Linia

Strona główna
Archiwum
O serwisie
Historia
Wymiana
Redakcja/Kontakt

Mordercy

Linia

Dzieciobójcy
Gangsterzy
Mordercy seryjni
Mordercy masowi
Mordercy nieletni
Terroryści
Zbrodniarze wojenni
Mordercy inni

Mass media

Linia

Książki
Filmy
Gry komputerowe

Pozostałe

Linia

Inne teksty
Poradniki
Fotografie
Wyniki ankiet

Mordercy seryjni » Kot Karol


Karol Kot Karol Szczepan Kot urodził się 18 grudnia 1946 roku w Krakowie. Ojciec Leopold był inżynierem, matka działaczką społeczną. Mieszkał przy ulicy Meiselsa 2, w krakowskim śródmieściu. Chłopiec miał spokojne, normalne dzieciństwo. Matka, która nie pracowała zawodowo, poświęcała mu wiele czasu. Opiekowała się nim, więc nie musiał chodzić do przedszkola. Był inteligentnym i bystrym dzieckiem. Gdy rozpoczął naukę w szkole podstawowej nie miał żadnych problemów. Nie był wybitny, ale nauczyciele zaliczali go do dobrych uczniów. Prawie nigdy nie sprawiał kłopotów wychowawczych, był miły, kulturalny i spokojny. Kiedy miał 8 lat na świat przyszła jego siostra Janina. Mimo iż tak długo był jedynakiem ucieszył się z jej narodzin. Często pomagał w opiece nad nią, pilnował jej, gdy rodzice byli poza domem. Z wiekiem jego stosunek do dziewczynki zaczął się zmieniać, uważał, iż zabiera mu miłość rodziców, że bardziej kochali ją niż jego. Jeśli chodzi o jego zdrowie, nigdy dużo nie chorował. Poważnie tylko raz w wieku 10 lat na dyfteryt, spędził wtedy kilka dni w szpitalu. Ogólnie był sprawny fizycznie i lubił sport.

W czwartej klasie szkoły podstawowej zaczął uczęszczać na zajęcia karate. Szybko odkrył w sobie fascynację bronią, szczególnie nożami. Z czasem zaczął je kolekcjonować. Rodzice nie mieli nic przeciwko, cieszyli się, że syn czymś się interesuje. Bez sprzeciwów dawali mu pieniądze na kolejne egzemplarze do jego zbiorów.

Wakacje zazwyczaj spędzał z rodziną na wsi w miejscowości Pcim pod Myślenicami, co nie było dla niego zbyt ekscytujące. Z nudów zaczął pomagać w miejscowej rzeźni. Asystowanie przy zabijaniu cieląt bardzo mu się podobało i wkrótce spędzał tam coraz więcej czasu. W końcu nadszedł dzień, w którym napił się zwierzęcej krwi i zasmakował w niej. Pracowników trochę to dziwiło, ale głównie przyjmowali jego upodobanie z rozbawieniem i traktowali jako zabawę. Dawali mu więc tyle krwi ile zechciał. Niecodzienny napitek i brutalne widoki wyzwoliły w Karolu fascynację przemocą. Zaczął torturować i zabijać małe zwierzęta, żaby, krety, ptaki, a nawet cielęta. Im dłużej trwał ten proceder tym jego działania stawały się bardziej okrutne: rozpruwał im brzuchy, wyjmował i lizał wnętrzności, wydłubywał oczy. W domu był taki jak zawsze, nie chciał, by rodzice wiedzieli o jego sadystycznych zamiłowaniach. Dla niepoznaki odmawiał zabicia kury czy wypatroszenia ryby na obiad. W tym czasie miał też drugą sekretną pasję - rysowanie. Jego prace przedstawiały głównie noże, pistolety, szubienice i sceny brutalne.

Szkołę podstawową ukończył bez problemu. Marzył o karierze wojskowej i zdawał do Technikum Łączności, niestety z braku miejsc nie został przyjęty. Był to dla niego ogromny zawód i długo nie mógł się z tym pogodzić. Później wybrał Technikum Energetyczne mieszczące się przy ulicy Luterańskiej. Dobrze zdał egzaminy wstępne i dostał się do pierwszej klasy. W szkole średniej nauka nie szła mu już tak dobrze, należał raczej do przeciętnych. Nie miał problemów z przedmiotami technicznymi, które należały do jego ulubionych, ale nie radził sobie z językiem polskim i przedmiotami elektrycznymi.

Karol miał duże ambicje i każde niepowodzenie silnie przeżywał. W ostatniej klasie miał egzamin poprawkowy z polskiego, co doprowadziło go do załamania nerwowego. Matka chciała, by poszedł po pomoc do psychiatry, ale chłopak stanowczo odmówił. Udało mu się ukończyć technikum i zdać maturę, w dalszych planach miał egzaminy do szkoły wojskowej. Chciał zostać komandosem, bo imponowało mu ich twarde żołnierskie życie, odwaga, zimna krew i dyscyplina.

Przez cały okres nauki Kot miał problemy z kolegami ze szkoły, trudno mu było się zaklimatyzować, miał niewielu przyjaciół. Z początku często padał ofiarą żartów i przykrości, ale skończyły się one wraz z bójką, do której doszło w drugim roku nauki w technikum. Karol został zaatakowany przez starszego i silniejszego Janusza, który chciał go pobić. Chłopak wyciągnął nóż i zranił napastnika w rękę. Od tego czasu inni trochę się go bali, choć imponował im swoją zręcznością w posługiwaniu się nożami.

Udzielał się w zajęciach pozaszkolnych, był członkiem ZMS (Związek Młodzieży Socjalistycznej), LOK (Liga Obrony Kraju), ORMO (Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej) i sekcji strzeleckiej w klubie Cracovia. Rozwijał też swoje pasje, regularnie powiększał kolekcję broni, w szczególności noży: sprężynowych, monterskich, rybackich, finek i innych. Pilnie uczył się ich używać: rzucał w karty do gry, zazwyczaj wybierając na swoje "ofiary" damy, ćwiczył refleks wbijając nóż między rozłożone palce dłoni. Z czasem doszedł do takiej wprawy, że przebijał 3 centymetrową deskę, na której trzymał rękę, na wylot. Zajmował się również niszczeniem bilonu co sprawiało mu ogromną przyjemność. Gdy dostał swoją pierwszą wiatrówkę strzelał z niej do czego tylko mógł, do książek, do mięsa, które matka przynosiła do domu na obiad, by zbadać siłę pocisku. Interesowała go wojna i wszystko co służy niszczeniu życia człowieka i jego dobytku.

Bestia

Młody, inteligentny człowiek jakim był Karol Kot miał też drugą twarz. Z pozoru niewinne zainteresowania i pasje połączone w całość okazały się mieć tragiczne skutki. Niewiele osób znało go naprawdę. Karol dokładnie studiował wszystkie podręczniki anatomiczne i medycyny sądowej. Zdobywał wiedzę z zakresu trucizn, broni wszelkiego rodzaju i wojny. Wszystko po to, by wiedzieć jak najlepiej zadawać śmierć.

Dobry z pozoru brat, wykorzystywał chwile, gdy rodziców nie było w domu, by znęcać się nad młodszą siostrą. Wszystko, by utrzymać żołnierską dyscyplinę w domu. Bił ją za wszystko, co mu się nie spodobało, rzeczami, które akurat wpadły mu w ręce, na przykład wieszakiem, którym o mało nie wydłubał jej oka. Gdy płakała zamykał ją za karę w pokoju. Jeszcze jako młody chłopiec często przymierzał swoją finkę do jej pleców i zastanawiał się jakby to było zabić. Nigdy jednak nie miał odwagi wbić noża w jej drobne ciałko. Znęcał się również nad dwoma kotami dziewczynki, kopał je i rzucał nimi o ścianę.

Koledzy również widzieli, że z Karolem jest coś nie tak. Większość uważała go za dziwaka, który zawsze ma przy sobie jakiś nóż i lepiej z nim nie zadzierać, choć imponował im swoją sprawnością w posługiwaniu się bronią i znajomością sztuk walki. Często atakował ich od tyłu i dusił, kablem, sznurem lub gołymi rękoma. Pozorował też inne ataki, składał ręce jakby trzymał w niej pistolet i "celował", udawał, że trzyma nóż i wypruwa wnętrzności, podrzyna gardła i zadaje ciosy. Nazywano go "Lolo-rozpruwacz", "Krwawy Lolo" itp. Nie przeszkadzało mu to z wyjątkiem przezwiska "Lolo-donosiciel", choć w rzeczywistości często informował nauczycieli o różnych wybrykach kolegów. Z wyjątkiem dwóch znajomych z klubu strzeleckiego, nikt nie chciał za bardzo się do niego zbliżać. Nigdy nie było wiadomo, co strzeli mu do głowy. Również dziewczęta nie czuły się dobrze w jego towarzystwie, był w stosunku do nich wulgarny i straszył je. Chciał im zaimponować swoją brutalnością i siłą. Często kopał je po pośladkach. Gdy z piskiem uciekały przed nim i chowały się, gonił je i łapał w miejscach intymnych. Bardzo go to podniecało, planował różne orgie o czym dosadnie informował znajome dziewczyny. Przez jego nieprzyzwoite zachowanie koleżanki bały się go i trzymały się zazwyczaj na dystans. Jedynym wyjątkiem była jego klubowa przyjaciółka, starsza od niego studentka sztuk pięknych. Ich związek był czystko platoniczny, choć Karol bardzo chciał go skonsumować. Dziewczyna jednak łagodziła jego zapędy i nigdy nie doszło między nimi do czegoś więcej. Była jednak jego powierniczką i często zwierzał jej się ze swoich morderczych pragnień. Początkowo traktowała jego zachowanie i słowa jako dziwną formę żartu lecz wkrótce na własnej skórze przekonała się, kim był Karol Kot. Chłopak w zasadzie szanował i poważał tylko swojego trenera z klubu strzeleckiego. Często bywał u niego w domu, został tez jego zastępcą i dysponował kluczami do wszystkich pomieszczeń z bronią i amunicją. Trener stawiał Karola za wzór i kazał innym brać z niego przykład. Wiele razy trener kazał Karolowi karcić za różne przewinienia własnego syna, co chłopak przyjmował z pełnym zadowoleniem, w końcu bicie słabszego, w dodatku z przyzwoleniem osoby dorosłej, sprawić mogło mu tylko dużą przyjemność.

Podczas jednej z wycieczek szkolnych odwiedził z klasą Oświęcim. Zachwyciła go organizacja i idea obozów zagłady.

Kraków w strachu

21 września 1964 roku około godziny 12:00 w przedsionku jednego z krakowskich kościołów została napadnięta 48-letnia pomoc domowa. Kobieta klęczała i modliła się, gdy poczuła silne uderzenie w lewą stronę pleców. Mimo bólu zdążyła zauważyć uciekającego młodego człowieka. Płaszcz na jej plecach został przecięty, na szczęście rana okazał się powierzchowna. Kobieta zgłosiła sprawę na milicję i podała rysopis sprawcy, zgłoszenie zostało jednak zbagatelizowane.

23 wrześnie 1964 roku około godziny 13:30 na klatce schodowej jednej z krakowskich kamienic Franciszka L. (78 lat) zauważyła idącego za nią młodego człowieka. Po chwili poczuła silne uderzenie w plecy. Zanim straciła przytomność zdążyła zobaczyć twarz napastnika. Kobieta przeżyła atak i podała rysopis sprawcy, doznała jednak ciężkiego uszkodzenia ciała, co spowodowało u niej trwały niedowład.

Kolejny atak nastąpił 6 dni później. 29 września około godziny 20:00 w przedsionku klasztoru Świętego Jana modliła się 86-letnia kobieta, Maria P. Atak nastąpił równie niespodziewanie jak poprzednie. Staruszka została ugodzona w plecy ostrym narzędziem. Mimo iż szybko została przewieziona do szpitala nie dało się uratować jej życia. Przyczyną śmierci było przebite płuco. Tuż przed śmiercią, kobieta zdążyła jeszcze powiedzieć, że pobił ją młody człowiek.

Tym razem milicja nie mogła zignorować sprawy. W ciągu zaledwie dwóch tygodni nastąpiły trzy ataki na kobiety. Detektywi zajmujący się śledztwem nie mieli wątpliwości, że sprawcą jest ta sama osoba. Wszystkie ataki wystąpiły w krakowskim śródmieściu i za każdym razem ofiarami były starsze kobiety, przebywające w dość odosobnionych miejscach. Sprawca działał przez zaskoczenie, od tyłu, zadawał silny cios w plecy. Nigdy nie nawiązywał kontaktu słownego z ofiarami. Zgadzał się również rysopis. Niestety to było już wszystko co zdołano ustalić. Ponieważ nie zanotowano kolejnych napaści, a sprawcy nie udało się wykryć sprawa została umorzona.

Mimo tego przez najbliższe dwa lata cały Kraków żył w strachu. Nikt nie wiedział czy morderca pojawi się znowu, kiedy i gdzie zaatakuje, kto będzie ofiarą. Starsze kobiety wkładały sobie pod ubrania metalowe płyty, poduszki i inne rzeczy, które miały je uchronić przed zabójczymi ciosami noża.

Gdy mieszkańcy Krakowa zaczęli powoli wierzyć, że tajemniczy morderca zniknął wreszcie z ich okolicy, zaatakował ponownie. Zbrodnia, której dokonał wstrząsnęła do głębi wszystkimi, którzy o niej usłyszeli. Strach powrócił i znów zacisnął swoje szpony na całym Krakowie.

13 lutego 1966 roku, w okolicy toru saneczkowego na Kopcu Kościuszki znaleziono zwłoki 11-letniego Leszka C. Oględziny zwłok wykazały, iż do zabójstwa doszło około godziny 11:00, chłopcu zadano 11 głębokich ran kłutych. Ofiara nie miała żadnych problemów w szkole, ani w domu. Był to chłopiec spokojny i nie miał wrogów. Nie sprawiał kłopotów wychowawczych. Tego dnia chciał po prostu pozjeżdżać na sankach.

Opina publiczna była wstrząśnięta. Kraków miał wprawdzie w swojej historii seryjnych morderców, ale nikt jeszcze nie zabił niewinnego dziecka. Komenda Główna Milicji wystosowała apel do mieszkańców o udzielenie pomocy w wykryciu sprawcy. Sprawę szeroko opisywały lokalne gazety. Niestety żadnych wartościowych informacji nie uzyskano.

Zimą 1966 roku Karol Kot wybrał się wraz ze swoją przyjaciółką Danutą W. do Tyńca pod Krakowem. Dziewczyna chciała malować krajobrazy i poprosiła go o dotrzymanie jej towarzystwa. Podczas ich wcześniejszej wyprawy Karol zwierzył się jej ze swoich sadystycznych zamiłowań. Opowiadał jaką przyjemnością jest dla niego zadawanie bólu innym. Dla niej jego słowa były tylko żartami, myślała, że chce ją nastraszyć. Tym razem przekonała się, że Karol wcale nie żartuje. Gdy szli wałem chłopak przewrócił ją i przygniótł swoim ciałem do ziemi. Do gardła przyłożył jej nóż i zagroził że ją zabije. Dziewczyna spokojnie próbowała go przekonać, że to nie ma sensu, bo policja znajdzie ciało i wtedy cała wina spadnie na niego, bo wszyscy wiedzieli, że pojechali razem. Puścił ją wolno, choć kilka chwil później znów przewrócił ją na ziemię i zacisnął na jej szyi ręce. Dziewczyna wciąż nie wydawała się przerażona, cały czas myślała, że chce zrobić jej kawał. Wtedy Kot wyjął z kieszeni szkło. Powiedział jej, że gdyby ją zabił podciąłby jej żyły tak, by upozorować samobójstwo z miłości. Ciało wrzuciłby do rzeki. To przekonało ją, że Karol mówi jak najbardziej poważnie i zaczęła się bać. Następnego dnia namówiła go, by poszedł z nią do lekarza. Zrobił to, by sprawić jej przyjemność, ale tuż po wizycie powiedział, że dla niego jest już i tak za późno. Później wielokrotnie opowiadał Danucie o swoich zbrodniach, początkowo nie chciała wierzyć choć podejrzewała, że to Karol jest tym strasznym mordercą, przed którym drży cały Kraków. O wszystkich zbrodniach opowiadał z takimi szczegółami, iż w końcu dziewczyna zaczęła bać się o własne życie.

14 kwietnia 1966 roku przy ulicy Sobieskiego 12 w Krakowie została zaatakowana 7-letnia Małgosia. Bawiła się w bramie domu, gdy zaskoczył ją napastnik. Zaszedł ją od tyłu i zadał 8 ran w plecy. To jednak mu nie wystarczyło. Ugodził ją jeszcze 3 razy, dwa razy w jamę brzuszną i raz w okolicę ścięgna lewej ręki. Mimo tak wielu ran dziewczynka przeżyła. Niestety nie umiała opisać sprawcy.

Poszukiwanie "Wampira"

Ze wstępnych ustaleń wynikało, że tego potwornego ataku dokonał ten sam człowiek, który brutalnie zamordował w lutym małego chłopca. Informacje docierające do milicji od zbulwersowanych mieszkańców były często sprzeczne i błędne, jednak to głównie dzięki nim połączono wszystkie sprawy, także te sprzed 2 lat i sporządzono kilka portretów pamięciowych podejrzanego. Prowadzący śledztwo zasięgnęli opinii naukowców z dziedzin psychiatrii, psychologii i seksuologii. Dzięki ich badaniom ustalono profil sprawcy: działa sam, zawsze wybiera ofiarę przebywającą samotnie, dużo słabszą od siebie. Atakuje znienacka, od tyłu. Ciosy zadaje w górną partię pleców i brzuch. Działa szybko i pewnie. Narzędziem zbrodni jest długi, bardzo ostry nóż, który sprawca przynosi ze sobą i zabiera go po ataku. Nigdy nie zabiera niczego ofiarom i nie nawiązuje z nimi kontaktu słownego. Po zadaniu ciosów szybko opuszcza miejsce zbrodni i nie interesuje się dalszym losem ofiary. Wszystkie ataki nastąpiły w tej samej okolicy i w podobnych godzinach (11:15 - 13:15). Nie można było ustalić żadnego prawdopodobnego motywu działania sprawcy. Jednakże inna była płeć ofiar. Warunki atmosferyczne również różniły się od siebie diametralnie. Kolejną nie zgadzająca się rzeczą był teren - przy zabójstwie Leszka była to otwarta przestrzeń, natomiast przy napadzie na dziewczynkę była to zamknięta brama.

Śledczy postanowili przeprowadzić penetrację środowiska szkolnego, jako że napłynęło do nich wiele informacji o młodym wieku sprawcy. Po kilku tygodniach żmudnej pracy udało się wytypować podejrzanego. Karol Kot, uczeń technikum Energetycznego wydawał się wprost idealnym kandydatem. Koledzy opisywali go jako dziwaka, który zawsze miał przy sobie jakiś nóż. Najbliższa przyjaciółka Danuta opowiedziała, że zwierzał jej się, iż zabił trzy osoby. Dał jej również na przechowanie jeden ze swoich noży. Tłumaczył jej, że to wszystko dzieje się przez "wzbierającą w nim siłę, która nakazuje mu zabijać". Zadawanie śmierci ludziom daje mu upragniony spokój. Dziewczyna opowiedziała również o tym jak Kot kilkakrotnie ją atakował, dwa razy w Tyńcu i raz w piwnicy, gdy odmówiła mu zbliżenia seksualnego. Często mówił jej, że jest chory na schizofrenię lub psychopatię, bo przecież normalny, zdrowy człowiek tak się nie zachowuje. Milicja szybko natrafiła na ślad człowieka, który na zamówienie Kota wykonał siedem noży.

Dnia 1 czerwca 1966 roku milicja zapukała do drzwi mieszkania, w którym mieszkał z rodziną Karol Kot. Przynieśli ze sobą nakaz rewizji i aresztowania. Rodzina świętowała właśnie zdanie matury Karola i złożenie przez niego papierów do Wyższej Szkoły Oficerskiej. 19-letni Kot został odprowadzony na komisariat, a funkcjonariusze zabrali się za przeszukanie domu. To co znaleźli mogło jedynie zaszkodzić chłopakowi. Zabezpieczono między innymi 16 noży oraz słoik z trucizną. Gdy na komendzie przedstawiono chłopakowi zarzuty dokonania dwóch morderstw, usiłowania czterech kolejnych i jednej groźby zabójstwa, niczemu nie zaprzeczał.

12 lipca 1966 roku komunikaty prasowe poinformowały o zatrzymaniu "Wampira". Kraków mógł odetchnąć, ulice znów stały się bezpieczne. Był to jednak dopiero początek. Po chwili ulgi w głowach wielu ludzi zaczęły rodzić się pytania: Jak mogło do tego dojść? Przecież to taki młody chłopak. Czy to możliwe, by miły i uprzejmy Karol był bestialskim mordercą? Jak to się stało, że nikt niczego nie zauważył? Gdzie byli rodzice, nauczyciele?

Wiele osób nie mogło uwierzyć w winę Karola Kota. Jego klubowy trener wysłał nawet list protestacyjny do Ministerstwa Sprawiedliwości.

Zeznania

Na wszelkie wątpliwości dotyczące Karola Kota miał odpowiedzieć proces. Zanim jednak do niego doszło oskarżony złożył obszerne wyjaśnienia przed prokuratorem, w których przyznał się do wszystkich zarzucanych czynów.

Ataki na starsze kobiety planował od 1960 lub 1961 roku. Wybierał je na swoje ofiary, gdyż były słabsze fizycznie i stanowiły łatwy cel. Na pierwszą próbę zdecydował się dopiero w 1964.

21 września od rana coś go "gnało" i nie mógł spokojnie usiedzieć w domu. Zabrał więc ze sobą dwa noże i wyruszył w miasto. Cały czas myślał tylko o tym, by pchnąć kogoś nożem. Najsensowniejszym miejscem na szukanie ofiary wydał mu się kościół. Poszedł więc do Klasztoru Sercanek przy ulicy Garncarskiej 24, tam klęknął i czekał na jakąś staruszkę. Zniecierpliwiony czekaniem postanowił wyjść. W przedsionku spostrzegł modlącą się kobietę. Podszedł do niej od tyłu, wyjął bagnet i dźgnął silnie w plecy na wysokości serca. Miał nadzieję, że cios był śmiertelny, nie zamierzał jednak czekać i sprawdzać czy stało się po jego myśli. Natychmiast po zadaniu ciosu opuścił kościół. W jednej z bram otarł bagnet, a pozostałą na nim krew zlizał. Cztery dni później Karol wyszedł szukać kolejnej ofiary. Spostrzegł wysiadającą z tramwaju starszą kobietę i postanowił ją śledzić, by w dogodnym dla siebie miejscu podjąć atak. Kobieta weszła do bramy przy ulicy Skawińskiej 2. Chłopak wyjął nóż z pochwy i przełożył go do kieszeni marynarki. Wchodził za nią po schodach. W pewnym momencie wyciągnął broń i zadał silny cios w plecy. Nóż wszedł w ciało po samą rękojeść, przez co chłopak był przekonany, iż rana była śmiertelna. Natychmiast opuścił miejsce zbrodni i wrócił do domu. Tam z rozczarowaniem przekonał się, że na nożu nie zostały żadne ślady krwi.

29 września Karol znów poczuł chęć zabijania. Na ulicy Jana spostrzegł niską, lekko zgarbioną kobietę czytającą klepsydry. Gdy zaczęła iść w stronę wejścia do Klasztoru SS Prezentek Kot, trzymając w lewym ręku teczkę, ruszył za nią. W prawej trzymał nóż i kiedy kobieta znalazła się w wejściu zadał jej cios od tyłu w plecy. Nóż po raz kolejny wszedł po samą rękojeść. Natychmiast po uderzeniu uciekł w pobliską bramę, gdzie zlizał krew z ostrza.

Później Karol postanowił zmienić metodę działania i zaczął eksperymentować z trucizną. Do butelek z piwem wsypał po łyżce uwodnionego arsenianu sodu. Jedną z butelek pozostawił w bramie przy ulicy Wawrzyńca, a drugą przy ulicy Bożego Ciała. Czekał i obserwował czy ktoś złapie się w jego pułapkę, ale wkrótce mu się znudziło i nie wiedział czy się udało. Innym razem butelkę z zatrutym piwem postawił w bramie przy ulicy Dzierżyńskiego, gdzie mieszkała jedna z jego klasowych koleżanek. Miał nadzieję, że tym razem mu się uda. Kolejny raz zadziałał nieco inaczej. Poszedł do restauracji "Sielanka", gdzie zjadł obiad. Miał przy sobie oczywiście sproszkowaną truciznę. Po posiłku wsypał ją do stojącej na stole butelki z oranżadą. Kolejny raz jego próba okazała się być nieudana. Ostatnią próbę otrucia podjął w barze "Przy Błoniach", gdzie po wypiciu piwa, dosypał truciznę do butelki z octem. Tym razem również nie udało mu się potwierdzić skuteczności swoich działań.

Karol powrócił więc do starych, sprawdzonych metod zadawania śmierci. Planował zabójstwa czterech koleżanek. Dwie z nich odmówiły pójścia z nim na spacer. Trzecia, gdy ją odwiedził na własne szczęście nie była sama w domu. Czwartej planował poderżnąć gardło brzytwą "od ucha do ucha" lecz nie miał pieniędzy na zakup upragnionego narzędzia.

Aby wyładować swoją frustrację i sprawdzić swoje umiejętności Karol podjął kilka prób podpaleń. Na ulicy Gołębiej próbował spalić poddasze, tydzień później podpalił drewnianą ubikację na strzelnicy. Miesiąc później znalazł piwnicę przy ulicy Staszewskiego, pełną papierów i szmat. Rozlał w niej benzynę i podpalił. Niestety i tym razem nie doczekał się upragnionych efektów. W niedzielę 13 lutego 1966 roku Karol po raz kolejny poczuł pragnienie zabicia kogoś. Był ładny dzień, leżało sporo świeżego śniegu. Postanowił pojechać na Kopiec Kościuszki, gdyż uznał, że tam dość łatwo natrafi na jakąś samotną osobę. Chodząc i poszukując ofiary zauważył wyłaniającego się z mgły chłopca ciągnącego sanki. Kot podszedł do niego i zapytał czy w okolicy odbywają się zawody saneczkarskie. Mały Leszek odpowiedział, że tak i odwrócił się, by wskazać kierunek. Wtedy Kot przyciągnął lewą ręką jego główkę do siebie, prawą zaś zadawał ciosy w okolice brzucha i serca. Po chwili poczuł jak ciało chłopca przelewa mu się przez ręce i pozwolił mu opaść na ziemię. Nie próbował ukryć zwłok mimo iż wiedział, że za chwilę zostaną odkryte. Nie schował też noża do pochwy, by nie zetrzeć świeżej krwi, wolał ją zlizać. Zanim wrócił do domu pojechał jeszcze do kolegi, gdzie wspólnie oglądali albumy i prospekty. Później kupił ciastka i pojechał do rodziców. Gdy w gazecie ukazały się zdjęcia zamordowanego Leszka, Kot nie mógł wytrzymać i pochwalił się swoim dziełem przed jednym z kolegów. Czuł się dumny ze swojego dzieła. "Dziwię się ludziom, że narzekają i unikają 13-tego, a tymczasem 13-ty może być wspaniałym dniem".

14 kwietnia 1966 roku Karol znów poczuł "natchnienie". W swoich poszukiwaniach potencjalnej ofiary zawędrował do bramy przy ulicy Sobieskiego 12. Tam postanowił zaczekać. Znudzony staniem usiadł na schodach. Wkrótce zobaczył schodzącą na dół małą dziewczynkę. Gdy podeszła do skrzynki na listy, by zabrać pocztę, Karol zaatakował ją od tyłu kordelasem. Lewą ręką złapał ją za szyję, zaś prawą zadawał ciosy w plecy, brzuch i okolice serca. Po wszystkim po raz kolejny uraczył się smakiem świeżej krwi. Gdy wracał do domu, wstąpił jeszcze do KW MO, by przedłużyć swoje pozwolenie na broń. Już kilka dni później pochwalił się swoim wyczynem przyjaciółce. "Doznawałem przyjemności, gdy nóż wchodził w mięso, jest to uczucie nie do opisania, przeżycie warte jest szubienicy".

Proces

3 maja 1967 roku ruszył proces Karola Kota przed Sądem Wojewódzkim w Krakowie. "Wampirowi z Krakowa" postawiono zarzuty 2 zabójstw dokonanych, 10 usiłowań (w tym 6 przez otrucie) oraz 4 podpaleń. W toku sprawy przesłuchano 64 świadków i wysłuchano opinii biegłych z zakresu psychiatrii i psychologii.

Karol Kot został poddany badaniom w Klinice Psychiatrycznej Akademii Medycznej W Krakowie. Ustalenia określiły jego poziom inteligencji jako przeciętny, chłopak nie miał szerszych zainteresowań. Ukierunkowanie popędu seksualnego było biseksualne z silnie zaznaczoną komponentą sadystyczną. Jako że nigdy nie obcował fizycznie z kobietą te ostatnie skłonności były u niego formą zastępczą przeżyć seksualnych. Znał dobrze normy etyczno-moralne, ale nie widział potrzeby stosowania się do nich. Swoich czynów nie rozpatrywał w kategorii dobra i zła, ale tego co jest przyjemne i korzystne. "Co jest przyjemne, to jest moralne. Jeśli więc mnie sprawiało satysfakcję i zadowolenie zgładzanie ludzi, to było to postępowanie zgodne z moją moralnością. (...) Ja siebie nie uważam ze drania. Drań to taki, który jest pijakiem, złym człowiekiem. Ja zaś uważam siebie za dobrego człowieka. Dokonywane przeze mnie mordy to moja prywatna sprawa. Byłbym złym człowiekiem, gdybym pił wódkę i zadawał się z prostytutkami".

Badania wykazały u Karola zanik wyższej uczuciowości i silne skłonności sadystyczne. Charakteryzował go głęboki egocentryzm, skrytość i nieufność wobec innych ludzi. Miał poczucie wyższości nad innymi, które łączyło się z poczuciem krzywdy i niechęci, a nawet nienawiści do ogółu społeczeństwa. "Przyczyną była niechęć do ludzi. Wydawało mi się ciągle i stale mnie to męczyło, że nikt mnie nie lubi, dlatego i ja nikogo nie lubiłem". Badany przejawiał chęć odgrywania roli bohatera o charakterze infantylno-histerycznym. Kot nie posiadał samokrytycyzmu i był niezdolny do oceny swojego postępowania, co według biegłych mogło być wynikiem psychopatii lub objawem choroby psychicznej. Z tego powodu zajmujący się nim specjaliści zalecili obserwację psychiatryczną połączoną z dalszymi badaniami w zamkniętym ośrodku psychiatrycznym.

Kot trafił do Szpitala Psychiatrii Sądowej W Grodzisku Mazowieckim. W czasie pobytu Karol był dobrze zorientowany co do własnej osoby, czasu i miejsca, a także sytuacji w jakiej się znajduje. Przez większość czasu był pogodny, wesoły, czasem nawet żartował. Dość łatwo nawiązał kontakt z otoczeniem. Bał się odpowiedzialności karnej, ale wyrażał pogląd, że gdyby był na wolności kontynuowałby swoją zbrodniczą działalność. Swoje czyny uzasadniał tym, że sprawiały mu przyjemność i ogólną nienawiścią do ludzi. Spowodowanie czyjejś śmierci, zadawanie bólu i cierpienia dawało mu spokój i satysfakcję, ale nie typu sadystycznego. Nie uważał sam siebie za sadystę. "Po każdym mordzie momentalnie się uspokajałem, byłem jakiś swobodny, złe głosy odstępowały ode mnie, lepiej spałem, nie czułem potrzeby biegania za ofiarą, byłem zadowolony, jak po otrzymaniu oczekiwanego prezentu".

Dokonywanie zbrodni nie dawało mu również zadowolenia seksualnego. Podczas ataków nie miał ejakulacji. Nigdy nie odczuwał żalu z powodu swoich czynów. Nie przejawiał oznak skruchy czy współczucia, nie wykazywał również lęku o samego siebie. Badania neurologiczne nie wykazały żadnych zmian w zakresie centralnego i obwodowego układu nerwowego. Wyniki EEG również były w normie. Nikt z najbliższej rodziny nie był obciążony żadną chorobą psychiczną. Poza tym potwierdzono wcześniejsze ustalenia: przeciętna inteligencja, brak wykształcenia uczuciowości wyższej, zainteresowania sadystyczne, cechy infantylno-histeryczne, arogancja wobec wszystkiego i wszystkich. Reasumując, u Karola Kota nie stwierdzono choroby psychicznej lub uszkodzenia centralnego ośrodka nerwowego. Nie zaliczono go również do kategorii psychopatów, gdyż umiał przystosować się do otoczenia. Zdaniem biegłych jego czyny nie nosiły charakteru działania impulsywnego, gdyż były dokładnie przemyślane i zaplanowane. Nie były również wynikiem natrętnych idei, ponieważ nie nosiły cech przymusu. Stwierdzono jedynie, że Karol jest osobą o nieprawidłowych cechach osobowości takich jak agresywna postawa wobec otoczenia, niedojrzałość emocjonalna i seksualna. W efekcie uznano go całkowicie poczytalnym.

Proces mógł więc rozpocząć się na dobre. Karol Kot podczas każdej rozprawy zachowywał się spokojnie i chłodno. Wszystkich obecnych na sali rozpraw zszokowała jego arogancja. Nie raz śmieszyły go zeznania świadków. Dobrze się bawił słuchając wywodów ludzi, którzy nie mogli uwierzyć, że dobry chłopak, za jakiego go mieli okazał się bestią. Kilkakrotnie przewodniczący musiał przywoływać go do porządku i zarzucał mu brak szacunku. Przerażające było jego pogodne usposobienie i całkowity brak skruchy. Z uśmiechem odpowiadał na zadawane mu pytania. Dwa razy zdarzyło mu się zasłabnąć, gdy koledzy opowiadali o planowanych przez niego orgiach i morderczych planach. Nie obyło się również bez incydentów. Dwa razy matka zamordowanego Leszka zaatakowała Kota próbując uderzyć go torebką. On sam również wdał się w bójkę z reporterem, uderzając go kilkakrotnie w twarz. Kolejna nieprzyjemna sytuacja zdarzyła się wcześniej, podczas przesłuchania staruszek, które przeżyły atak. Jedna z nich wskazała na Kota i powiedziała: "To bydlę napadło mnie w kościele". Bardzo go zdenerwowało, że mówiła prawdę, bo to on jej to umożliwił partacząc robotę. Gdy druga kobieta również na niego wskazała, nie wytrzymał i powiedział do niej "Dobrą ma Pani pamięć, niech Pani podejdzie do mnie to do reszty z Pani farbę utoczę".

Na wniosek obrony Sąd Wojewódzki powołał dodatkowych biegłych psychiatrów. Po raz kolejny przeprowadzono badania ambulatoryjne. Tym razem w zapisie EEG pojawiły się nieprawidłowości. Badający go lekarze uznali, że Karol Kot jest psychopatą prawdziwym (psychopathia vera) wykazującym istotne zaburzenia osobowości w zakresie uczuć wyższych i niektórych popędów, co wpływa na jego zdolność kierowania własnym postępowaniem. Nie stwierdzono sadyzmu, a jedynie silne cechy okrucieństwa. Zdaniem biegłych oskarżony działał z bardzo rzadkich, w wypadku morderców, pobudek - dla zaspokojenia spaczonej żądzy niszczenia i zadawania cierpienia. Celem wszystkich jego działań było przeżywanie głębokiego zadowolenia. Określono go jako psychopatę typu chłodnego, bezwzględnego, któremu jest całkiem obce poczucie winy czy skruchy, nie przejawiającego uczuć współczucia, litości czy wstydu. Orzeczono również, że z powodu swoich zaburzeń jego poczytalność w momencie popełniania zbrodni była w znacznym stopniu ograniczona. Pojawił się więc konflikt w opiniach biegłych. Lekarze psychiatrzy z Grodziska Mazowieckiego utrzymali swoje wcześniejsze orzeczenia i zupełnie nie zgadzali się z nową opinią.

Prokurator Zygmunt Piątkiewicz, wnosząc o karę śmierci dla Karola Kota powiedział: "(...) Gdyby Kot chciał, to mógłby odmówić sobie przyjemności zabijania lecz nie chciał, bo wolał zabijać. (...) Niech wyrok Wasz Obywatele Sędziowie, wyrok jedyny jaki może zapaść w tej strasznej ponurej sprawie (...) usunie raz na zawsze rozpostarty nad Krakowem cień krwawego wampira, przywróci poczucie bezpieczeństwa w starych zaułkach naszego miasta, da satysfakcję tak strasznie sponiewieranemu poczuciu prawnemu i moralnemu społeczeństwa, przywróci wiarę w człowieczeństwo natury ludzkiej. A zarazem wyrok Wasz, który z tej koszmarnej od oparów zbrodni sali, za pośrednictwem prasy, radia i telewizji wybiegnie na szeroki słoneczny świat, od krańca po kraniec Polski - niech będzie też groźnym memento - ostrzeżeniem dla wszystkich tchórzliwych bohaterów, którzy kierując się egoistycznymi pobudkami poważyli się targnąć na najwyższe dobro społeczne jakim jest życie człowieka. Targnąć się na życie staruszek, targnąć się na życie dzieci!!!"

W swoich ostatnich słowach przed ogłoszeniem wyroku Kot stwierdził, że nie ma nic do powiedzenia. Nie chciał również o nic prosić odnośnie kary, która zostanie mu wymierzona. 14 sierpnia Sąd Wojewódzki w Krakowie orzekł, iż Karol Kot jest winien wszystkich zarzucanych mu czynów i wymierzył karę śmierci jako karę łączną. Przewodniczący składu orzekającego sędzia A. Olesiński tak uzasadnił wyrok: "(...) Czyny, jakie oskarżony popełnił wykazują, że jest groźniejszy od dzikiej bestii, bo obdarzony rozumem, (?) jego życiorys był pisany męczeństwem, cierpieniem i krwią niewinnych ofiar, życiorys ujawniający cechy okrucieństwa i narastającego chłodu uczuciowego, życiorys, którego treścią było zabijanie, niszczenie, podpalanie i trucie (...)".

Taki wyrok uspokoił i dał pełną satysfakcję mieszkańcom Krakowa. Nikt nie potrafił znaleźć w sobie nawet cienia współczucia dla zwyrodnialca. Wszyscy powtarzali sobie zdanie prokuratora "Kot urodził się na nieszczęście ludzi, swoje własne i swojej rodziny".

22 listopada 1967 roku Sąd Najwyższy zmienił wyrok i skazał Karola Kota na dożywotnie więzienie, biorąc pod uwagę jego młody wiek i stwierdzoną u niego psychopatię. Odwołanie od prawomocnego już wyroku wniósł Prokurator Generalny PRL.

11 marca 1968 roku Sąd najwyższy w składzie siedmiu sędziów po raz kolejny zmienił wyrok i skazał Kota na karę śmierci i pozbawienie praw obywatelskich na zawsze. Jako główne czynniki motywujące wyrok podano okrutny sposób działania, godzenie w istoty bezbronne, cynizm i brak skruchy oskarżonego.

Rada Państwa PRL nie skorzystała z Prawa Łaski i dnia 16 maja 1968 roku na Karolu Kocie wykonano karę śmierci przez powieszenie. Sekcja zwłok wykazała u niego guza mózgu.

Zakończenie

Karol Kot bez wątpienia był winien wszystkich zarzucanych mu czynów. Czy był w trakcie ich dokonywania poczytalny czy też nie, do tej pory jest dla badaczy kwestią sporną. Zapytany czy widzi w sobie jakieś cechy pozytywne odpowiedział: "Sam prokurator powiedział, że nie miałem amputowanego sumienia i miał rację, mogę wymienić wiele dobrego u Kota, choćby to, że był bardzo wrażliwy, użalał się nad losem cieląt i trzody chlewnej pędzonej na rzeź, płakał z powodu otrucia psa, potępiał zadawanie się z prostytutkami, kradzieże, picie alkoholu, przebywanie w złym towarzystwie, nieuctwo i brak zdyscyplinowania, był prawdomówny i ambitny, marzył o karierze wojskowej, uprawiał sport i osiągał w nim liczące się wyniki, przeżywał niepowodzenia w nauce, darzył sympatią plastyczkę, był religijny. Gdy tak mówię o Karolu Kocie, to aż nie chce mi się wierzyć, że to ja, bo tyle tego pozytywnego, a tymczasem skazany jestem na karę śmierci".

A tak określił swoje marzenia: "Z moich marzeń zdążyło się spełnić jedno, chciałem i byłem katem ludzi, choć myślałem o jeszcze większej rzezi, o prawdziwym dużym krematorium. Gdyby była wojna chciałbym być szefem obozu koncentracyjnego, obcinał bym piersi kobiet, kładł je pod hełmy żołnierzy, by nie uciskały ich w głowy. Marzyły mi się masowe mordy w komorach gazowych, łapanki, ćwiartowanie ludzi. (...) Miałem bogate plany zbrodnicze, o których myślę z ubolewaniem, że ich nie zrealizowałem. Przede wszystkim miałem mordować młode dziewczyny. Wymyśliłem cały przebieg poszczególnych morderstw, wiele miało postać orgietek zakończonych torturami i śmiercią. Planowałem też wysadzenie wiaduktu kolejowego, mordowanie dzieci i starych. Nie zdążyłem, trudno".

Więcej materiałów:

Fotografie
Dyskusja na forum
Linia
Opracowała smk. Na podstawie "Kto zabija człowieka - najgłośniejsze procesy w powojennej Polsce" Bogusława Sygity oraz "Z dziejów zabójstw seksualnych" Juliusza Leszczyńskiego. Szczególne podziękowania dla le-mony za dostarczenie potrzebnych materiałów.

Aktualizacje

Linia

18.11.2017:
• Nowy dział: Historia
18.11.2017:
• Nowy moduł: Aktualizacje
dd/mm/rrrr:
• Opis aktualizacji


Ankieta

Linia

Jestem:

Kobietą
Mężczyzną


Baza linków

Linia

Mordercy.jun.pl
Kryminalistyka.fr.pl
Zbrodnia.com
Detektywistyczny.net

Art148.pl

© 2006 - 2017 ART148.PL NETWORK. WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE.
Statystyki serwisu